Mój ulubiony fragment.
- Chodź pobawić się ze mną - zaproponował Mały Książę. - Jestem taki smutny...
- Nie mogę bawić się z tobą - odparł lis. - Nie jestem oswojony.
- Ach, przepraszam - powiedział Mały Książę. Lecz po namyśle dorzucił: - Co znaczy "oswojony"?
(...)
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" to znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców, nie potrzebuję ciebie. I ty także mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.
...
czwartek, 8 lipca 2010
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Sentymentalnie
Duch róży
"Dłonie zrywały misterne pieczęcie, pod przysięgą zakładane. Do ostatnich swych chwil miały kryć niewiadome, teraz kruszone, ciekawością dawno złamane, zadanie swe spełniły.
Odległość zamazywała twarz osoby, jak i to, co wyjęła z kolorowego pudełka. Jakaś okrągłość...
... to jakiś żart?"
Powieki uniosły się stwierdzając, że obraz wisi jak przed nocą. A słońce znów wstało pierwsze, przeganiając sen w dziwną krainę.
W taki dzień nie mam siły unieść wzroku. Dobrze, że chodnik jeszcze się nie kończy. Ludzie, jak zawsze, zmieniają twarze, ten sam wiatr - uspokaja rozbiegane spojrzenia, a ja liczę. Liczę cokolwiek, byleby na ziemi: papiery, kapsle, żeby tylko nie podnosić wzroku, bo i po co?
Ulica trwa, moim celem jest jej ujście, rozmycie w jakimś skrzyżowaniu. Chyba zacznę zaraz liczyć kroki, jeszcze tylko raz popatrzę na murek zarośnięty kwiatami i rozpłynę się w tłum, w nic się rozpłynę.
JEDNA!???
Tylko jedna kwiaciarka?
Właściwie to lepiej, popatrzę i odejdę.
Postać jej rosła w moich oczach, już z daleka dobrze widoczny ciepły uśmiech.
Patrzyła mi w oczy, śmiała się, jakoś dziwnie, jakby mnie znała. Próbowałem odszukać tę twarz w pamięci.
NIC.
Nie znam jej, pierwszy raz ją widzę. Byłem już zupełnie blisko. Dopiero teraz zauważyłem, że ma tylko jeden kosz róż, taki blaszany. Właściwie stały dwa, tyle, że jeden pusty. To chyba jakiś dowcip, pomyślałem, gdy dotarło do mnie, że wszystkie róże pomalowane są białą farbą. Jedna. Tylko jedna wolna była od tego dziwnego dodatku. Jej pąsowy pąk odbijał się od reszty, lśnił szlakiem zachodzącego słońca, gdzieś w krainie białych sów i polarnych nocy.
Odezwała się wykradając mnie antarktycznym myślom.
- Róża dla kawalera?
Uniosła jedną z tych otulonych farbą.
- Tak poproszę, ale tę bez polarnego płaszcza!
Zdziwiła się i po chwili milczenia dodała:
- Ale wszyscy kupują właśnie takie. Poza tym ta jedyna, ostatnia, jest o wiele droższa.
Tajemniczość pobrzmiewała w jej głosie, uśmiech mimo wszystko pozostał.
- Mnie zależy właśnie na tej. A właściwie to poproszę o dwie, druga niech będzie w tym polarnym płaszczu.
Widziałem jak jej twarz kamienieje. Nie wiedziałem co powiedzieć, już i tak chyba zbyt wiele słów rzuciłem na jej delikatne choć wiekowe dłonie.
- Więc to ty,... więc to ty.
Szemrała pod nosem, bardzo niewyraźnie.
- Więc to ty. Już normalnym głosem.
To na ciebie czekam. Osobie, która poprosi o dwie róże miałam opowiedzieć pewną historię.
Miała ona miejsce, kiedy jeszcze ludzie bali się smoków, rycerze nosili 50-kilowe zbroje, a księżniczki machały chusteczkami z wież. Wie kawaler - Średniowiecze.
Dodała z nutką ironii.
Jedna z tych księżniczek wraz ze swym ojcem mieszkała w królestwie Odosobnionym. Ogrodzonym górami i bagnami.
Kwiaciarka mówiła z takim przejęciem jakby sama to wszystko widziała, twarz Jej ogrzewał uśmiech, który i mnie pozwolił poczuć klimat narracji.
Właściwie czemu nie mogę posłuchać. Mimo wszystko kwiaciarka wydała mi się odrobinę dziwna? Nie wiem czy to właściwe słowo.
Na mój gust miała jakieś 60 lat. Może zmysły już jej się zaczynają mieszać?
Wiedziałem, że jeśli teraz odejdę sprawię jej przykrość, cóż posłucham.
... Właśnie zaczynała opisywać księżniczkę...
- Księżniczka, kawalerze, ogłosiła wszem i wobec, że za byle księcia nie wyjdzie, a za tego, kto wykona jej trzy zadania.
Zdziwił się król bardzo, bo córka nigdy nie była kapryśna, a tu taki numer mu wykręciła.
Uśmiechnąłem się.
- Kawaler się śmieje?
Ja stara jestem, ale te wasze słówka to znam, znam dobrze.
Słuchałem z coraz większym zainteresowaniem, zarówno dla staruszki jak i samej opowieści. Zerkałem czasem na dwie róże, które umieściła w osobnym blaszanym koszu. Dziwne to zestawienie.
W dodatku ta w uszytym z farby, polarnym szalu na czubku miała zaciek - jakby łzę zastygłą.
- Przychodziło wielu (ciągnęła opowieść), żaden jednak nie dotarł nawet do drugiego zadania.
Serce króla jak i księżniczki załomotało, kiedy do ich malowniczego zamku zjechali kolejni śmiałkowie.
Kawaler wie, tacy wypicowani łachmaniarze, choć w pełnej zbroi.
Znów się uśmiechnąłem, staruszka przerwała na chwilę.
- Wykruszyli się szybko przechodząc tylko przez pierwszy etap.
Tylko jeden wykonał oba zadania.
Zadęto w trąby.
Po całym królestwie rozeszła się wieść, że jeden jest bardzo bliski celu. Pozostało mu ostatnie zadanie...? Kawaler widzę zainteresował się, no to mówię już mówię.
Księżniczka ogłosiła zadanie podczas wieczerzy. Śmiałek miał pokonać najdzikszy z borów i dojść do gór, nikt przed nim tam nie doszedł. Następnie miał odnaleźć jaskinię, której wejście było odwróconym trójkątem. Wg legendy na końcu tej jaskini "coś" jest i właśnie to "coś" miał przynieść książę wypicowany.
Tym razem uśmiechnęliśmy się razem.
- Trudne zadanie i co kawaler by zrobił?
Niech kawaler nie odpowiada. Naszemu wypicowanemu mina zrzedła, mimo to pojechał. Pojechał, niech go tam, kawaler wybaczy - nie lubię wypicowanych!
Ciekaw pewno co dalej?
A no znaleźli po miesiącach w lesie jego zbroję, była porośnięta rdzą i mchem powiadają, że go pycha zjadła. Nutka ironii w jej głosie była nie do ukrycia. Pewnie nawet nie chciała jej skrywać.
Nadzieja opuszczała królestwo, uniosła się, znikła. Tylko księżniczka trwała, wierzyła, bała się nocami.
Uśmiech jawiący się na twarzy staruszki sugerował ciąg dalszy opowieści.
- Zjawił się właściwy?
- Zjawił się (odparła z ulgą).
Ale wie kawaler, nic szczególnego w nim nie było. Ot taki sobie, jak to się mówi. A nawet trochę dziwny.
Mimo, że wykonał pierwsze zadanie, potem drugie, nikt w niego nie wierzył. Księżniczka nie wiedziała co ma właściwie myśleć. Ognik w jej sercu jeszcze nie zgasł.
- POSZEDŁ.
Czułem, że kwiaciarka zrobiłaby wszystko, żeby tylko dotarł do końca. Opowiadając troszczyła się o niego jak o syna.
- Poszedł (mówiła dalej).
Wytrwał trudy bagien i boru. Odnalazł Góry. Wielkie, nieogarnięte żadnym słowem i żadną myślą. Istniały same dla siebie. Zaczął szukać jaskiń, a było ich wiele. Trudy podróży miały odbicie na całym jego ciele, tylko oczy, oczy śmiałe, jak góry nieprzebrane i słowem nieogarnięte. To one kazały walczyć. Z samym sobą i przyrodą jakże dziką jeszcze.
Nie zagubioną w sobie, nie zatraconą...
Nie mógł odnaleźć właściwej jaskini, na końcu ostatniej, w której był, spłoszył tylko nietoperze.
TAK!
To ta, to na pewno ta.
Wejście: Idealny trójkąt wbity czubkiem w podłogę o gładkich bokach, zadziwiająco gładkich. Niezwykłością jaką musi być to coś, że księżniczka tak zdecydowała...
Wszedł, wcześniej przezornie płosząc kamieniem nietoperze. W bez-świadomości pokonywał kolejne meandry mokrych ścian. Po długiej wędrówce przemknęła przed nim delikatna obecność jasności. Doszedł do przestronnej sali podpartej dwoma ogromnymi stalagnatami. Wiedział, że to "coś" jest tuż za nimi. Bał się podejść. Bał się stać. Stał. Patrzył na okienka świateł u sklepienia jaskini. Choć były małe dobrze spełniały swe zadanie. Włócząc nogami po mokrym gruncie doszedł do tych naturalnych ogromnych kolumn. To "coś" jest za nimi, wystarczy sięgnąć...
Dopiero teraz poczuł wszechogarniający chłód.
Wychylił głowę...
... na niewielkim głazie leżał...
- I jak kawaler myśli, co tam było?
W pierwszej chwili, bez słowa, groźnie zmarszczyłem brwi. Przerwać w takim momencie? Jak można? Złość szybko zneutralizowała jej pomarszczona w uśmiechu twarz.
Przez mgnienie wszystkie słowa odeszły w milczenie.
Kwiaciarka pochyliła się i już stała prosto w dłoniach trzymając średniej wielości balon.
Ciągle się uśmiechała.
Nawet nie potrafię wyobrazić sobie własnej miny, goszczącej wówczas na mojej twarzy.
No balon, zwykły balon jakich wiele.
- Tak kawalerze, nasz śmiałek znalazł w jaskini balon z koziego pęcherza!
- CO???
BALON???
Czy to jakiś żart?
Posmutniała.
- No dobrze wierzę, ale co z tego?
- Kawalerze? Stąd wzięło się powiedzenie "zrobić kogoś w balona", ale to jest mniej ważne. Balon to taki symbol, wielki - mały symbol. Zbliżyła go ku mnie w środku były dwie róże. Spojrzałem na blaszany kosz - pusty. Przecież jeszcze przed mgnieniem tam były. Podziękowałem. Odszedłem.
Dopiero po kilku krokach zdołałem się otrząsnąć. Pytania przecięły mój umysł, niczym nietoperze jaskinię.
Co się stało z księżniczką?
A śmiałek?
I wreszcie: Jak kwiaciarka umieściła róże w baloniku.
Pozostało jeszcze jedno!
Przypomniało mi się, że kiedy staruszka podawała mi balon na jej palcu jaśniał dziwny pierścień. W miejscu oczka miał otworki niby małe księżycowe kratery.
Chciałem wszystko wyjaśnić. Odwróciłem się.
Murek był pusty.
Wieczór.
Stałem na środku chodnika trzymając w dłoniach...
... balonik z dwiema różami w środku. Stałem się lokalną atrakcją dla przechodniów. Jedni się uśmiechali, inni dziwili - podobnie jak ja!
Na szczęście wszystkie ławki są niezamieszkałe. Tylko rzędy kwiatów, krzaki przekwitłych magnolii i dziedzińcowe echo.
Już czas.
Ruszyłem w stronę szklanej ściany. Z kilkunastu metrów postać moja była już dobrze widoczna na ciemnej tafli.
Dziwny błysk.
Moją uwagę zwróciło jednak coś innego. Zbliżając się do szklanej ściany postać moja stawała się coraz mniej widoczna. Rozmazywała się. W końcu znikła zupełnie.
Tylko błysk.
Na wysokości opuszczonej dłoni jaśniał pierścień.
W miejscu oczka miał malutkie otworki, niby kratery księżyca.
Tylko dzięki właściwej róży pierścień znów wypełni się ciałem...
"Dłonie zrywały misterne pieczęcie, pod przysięgą zakładane. Do ostatnich swych chwil miały kryć niewiadome. Teraz kruszone, ciekawością dawno złamane... zadanie swe spełniły"
...
"Dłonie zrywały misterne pieczęcie, pod przysięgą zakładane. Do ostatnich swych chwil miały kryć niewiadome, teraz kruszone, ciekawością dawno złamane, zadanie swe spełniły.
Odległość zamazywała twarz osoby, jak i to, co wyjęła z kolorowego pudełka. Jakaś okrągłość...
... to jakiś żart?"
Powieki uniosły się stwierdzając, że obraz wisi jak przed nocą. A słońce znów wstało pierwsze, przeganiając sen w dziwną krainę.
W taki dzień nie mam siły unieść wzroku. Dobrze, że chodnik jeszcze się nie kończy. Ludzie, jak zawsze, zmieniają twarze, ten sam wiatr - uspokaja rozbiegane spojrzenia, a ja liczę. Liczę cokolwiek, byleby na ziemi: papiery, kapsle, żeby tylko nie podnosić wzroku, bo i po co?
Ulica trwa, moim celem jest jej ujście, rozmycie w jakimś skrzyżowaniu. Chyba zacznę zaraz liczyć kroki, jeszcze tylko raz popatrzę na murek zarośnięty kwiatami i rozpłynę się w tłum, w nic się rozpłynę.
JEDNA!???
Tylko jedna kwiaciarka?
Właściwie to lepiej, popatrzę i odejdę.
Postać jej rosła w moich oczach, już z daleka dobrze widoczny ciepły uśmiech.
Patrzyła mi w oczy, śmiała się, jakoś dziwnie, jakby mnie znała. Próbowałem odszukać tę twarz w pamięci.
NIC.
Nie znam jej, pierwszy raz ją widzę. Byłem już zupełnie blisko. Dopiero teraz zauważyłem, że ma tylko jeden kosz róż, taki blaszany. Właściwie stały dwa, tyle, że jeden pusty. To chyba jakiś dowcip, pomyślałem, gdy dotarło do mnie, że wszystkie róże pomalowane są białą farbą. Jedna. Tylko jedna wolna była od tego dziwnego dodatku. Jej pąsowy pąk odbijał się od reszty, lśnił szlakiem zachodzącego słońca, gdzieś w krainie białych sów i polarnych nocy.
Odezwała się wykradając mnie antarktycznym myślom.
- Róża dla kawalera?
Uniosła jedną z tych otulonych farbą.
- Tak poproszę, ale tę bez polarnego płaszcza!
Zdziwiła się i po chwili milczenia dodała:
- Ale wszyscy kupują właśnie takie. Poza tym ta jedyna, ostatnia, jest o wiele droższa.
Tajemniczość pobrzmiewała w jej głosie, uśmiech mimo wszystko pozostał.
- Mnie zależy właśnie na tej. A właściwie to poproszę o dwie, druga niech będzie w tym polarnym płaszczu.
Widziałem jak jej twarz kamienieje. Nie wiedziałem co powiedzieć, już i tak chyba zbyt wiele słów rzuciłem na jej delikatne choć wiekowe dłonie.
- Więc to ty,... więc to ty.
Szemrała pod nosem, bardzo niewyraźnie.
- Więc to ty. Już normalnym głosem.
To na ciebie czekam. Osobie, która poprosi o dwie róże miałam opowiedzieć pewną historię.
Miała ona miejsce, kiedy jeszcze ludzie bali się smoków, rycerze nosili 50-kilowe zbroje, a księżniczki machały chusteczkami z wież. Wie kawaler - Średniowiecze.
Dodała z nutką ironii.
Jedna z tych księżniczek wraz ze swym ojcem mieszkała w królestwie Odosobnionym. Ogrodzonym górami i bagnami.
Kwiaciarka mówiła z takim przejęciem jakby sama to wszystko widziała, twarz Jej ogrzewał uśmiech, który i mnie pozwolił poczuć klimat narracji.
Właściwie czemu nie mogę posłuchać. Mimo wszystko kwiaciarka wydała mi się odrobinę dziwna? Nie wiem czy to właściwe słowo.
Na mój gust miała jakieś 60 lat. Może zmysły już jej się zaczynają mieszać?
Wiedziałem, że jeśli teraz odejdę sprawię jej przykrość, cóż posłucham.
... Właśnie zaczynała opisywać księżniczkę...
- Księżniczka, kawalerze, ogłosiła wszem i wobec, że za byle księcia nie wyjdzie, a za tego, kto wykona jej trzy zadania.
Zdziwił się król bardzo, bo córka nigdy nie była kapryśna, a tu taki numer mu wykręciła.
Uśmiechnąłem się.
- Kawaler się śmieje?
Ja stara jestem, ale te wasze słówka to znam, znam dobrze.
Słuchałem z coraz większym zainteresowaniem, zarówno dla staruszki jak i samej opowieści. Zerkałem czasem na dwie róże, które umieściła w osobnym blaszanym koszu. Dziwne to zestawienie.
W dodatku ta w uszytym z farby, polarnym szalu na czubku miała zaciek - jakby łzę zastygłą.
- Przychodziło wielu (ciągnęła opowieść), żaden jednak nie dotarł nawet do drugiego zadania.
Serce króla jak i księżniczki załomotało, kiedy do ich malowniczego zamku zjechali kolejni śmiałkowie.
Kawaler wie, tacy wypicowani łachmaniarze, choć w pełnej zbroi.
Znów się uśmiechnąłem, staruszka przerwała na chwilę.
- Wykruszyli się szybko przechodząc tylko przez pierwszy etap.
Tylko jeden wykonał oba zadania.
Zadęto w trąby.
Po całym królestwie rozeszła się wieść, że jeden jest bardzo bliski celu. Pozostało mu ostatnie zadanie...? Kawaler widzę zainteresował się, no to mówię już mówię.
Księżniczka ogłosiła zadanie podczas wieczerzy. Śmiałek miał pokonać najdzikszy z borów i dojść do gór, nikt przed nim tam nie doszedł. Następnie miał odnaleźć jaskinię, której wejście było odwróconym trójkątem. Wg legendy na końcu tej jaskini "coś" jest i właśnie to "coś" miał przynieść książę wypicowany.
Tym razem uśmiechnęliśmy się razem.
- Trudne zadanie i co kawaler by zrobił?
Niech kawaler nie odpowiada. Naszemu wypicowanemu mina zrzedła, mimo to pojechał. Pojechał, niech go tam, kawaler wybaczy - nie lubię wypicowanych!
Ciekaw pewno co dalej?
A no znaleźli po miesiącach w lesie jego zbroję, była porośnięta rdzą i mchem powiadają, że go pycha zjadła. Nutka ironii w jej głosie była nie do ukrycia. Pewnie nawet nie chciała jej skrywać.
Nadzieja opuszczała królestwo, uniosła się, znikła. Tylko księżniczka trwała, wierzyła, bała się nocami.
Uśmiech jawiący się na twarzy staruszki sugerował ciąg dalszy opowieści.
- Zjawił się właściwy?
- Zjawił się (odparła z ulgą).
Ale wie kawaler, nic szczególnego w nim nie było. Ot taki sobie, jak to się mówi. A nawet trochę dziwny.
Mimo, że wykonał pierwsze zadanie, potem drugie, nikt w niego nie wierzył. Księżniczka nie wiedziała co ma właściwie myśleć. Ognik w jej sercu jeszcze nie zgasł.
- POSZEDŁ.
Czułem, że kwiaciarka zrobiłaby wszystko, żeby tylko dotarł do końca. Opowiadając troszczyła się o niego jak o syna.
- Poszedł (mówiła dalej).
Wytrwał trudy bagien i boru. Odnalazł Góry. Wielkie, nieogarnięte żadnym słowem i żadną myślą. Istniały same dla siebie. Zaczął szukać jaskiń, a było ich wiele. Trudy podróży miały odbicie na całym jego ciele, tylko oczy, oczy śmiałe, jak góry nieprzebrane i słowem nieogarnięte. To one kazały walczyć. Z samym sobą i przyrodą jakże dziką jeszcze.
Nie zagubioną w sobie, nie zatraconą...
Nie mógł odnaleźć właściwej jaskini, na końcu ostatniej, w której był, spłoszył tylko nietoperze.
TAK!
To ta, to na pewno ta.
Wejście: Idealny trójkąt wbity czubkiem w podłogę o gładkich bokach, zadziwiająco gładkich. Niezwykłością jaką musi być to coś, że księżniczka tak zdecydowała...
Wszedł, wcześniej przezornie płosząc kamieniem nietoperze. W bez-świadomości pokonywał kolejne meandry mokrych ścian. Po długiej wędrówce przemknęła przed nim delikatna obecność jasności. Doszedł do przestronnej sali podpartej dwoma ogromnymi stalagnatami. Wiedział, że to "coś" jest tuż za nimi. Bał się podejść. Bał się stać. Stał. Patrzył na okienka świateł u sklepienia jaskini. Choć były małe dobrze spełniały swe zadanie. Włócząc nogami po mokrym gruncie doszedł do tych naturalnych ogromnych kolumn. To "coś" jest za nimi, wystarczy sięgnąć...
Dopiero teraz poczuł wszechogarniający chłód.
Wychylił głowę...
... na niewielkim głazie leżał...
- I jak kawaler myśli, co tam było?
W pierwszej chwili, bez słowa, groźnie zmarszczyłem brwi. Przerwać w takim momencie? Jak można? Złość szybko zneutralizowała jej pomarszczona w uśmiechu twarz.
Przez mgnienie wszystkie słowa odeszły w milczenie.
Kwiaciarka pochyliła się i już stała prosto w dłoniach trzymając średniej wielości balon.
Ciągle się uśmiechała.
Nawet nie potrafię wyobrazić sobie własnej miny, goszczącej wówczas na mojej twarzy.
No balon, zwykły balon jakich wiele.
- Tak kawalerze, nasz śmiałek znalazł w jaskini balon z koziego pęcherza!
- CO???
BALON???
Czy to jakiś żart?
Posmutniała.
- No dobrze wierzę, ale co z tego?
- Kawalerze? Stąd wzięło się powiedzenie "zrobić kogoś w balona", ale to jest mniej ważne. Balon to taki symbol, wielki - mały symbol. Zbliżyła go ku mnie w środku były dwie róże. Spojrzałem na blaszany kosz - pusty. Przecież jeszcze przed mgnieniem tam były. Podziękowałem. Odszedłem.
Dopiero po kilku krokach zdołałem się otrząsnąć. Pytania przecięły mój umysł, niczym nietoperze jaskinię.
Co się stało z księżniczką?
A śmiałek?
I wreszcie: Jak kwiaciarka umieściła róże w baloniku.
Pozostało jeszcze jedno!
Przypomniało mi się, że kiedy staruszka podawała mi balon na jej palcu jaśniał dziwny pierścień. W miejscu oczka miał otworki niby małe księżycowe kratery.
Chciałem wszystko wyjaśnić. Odwróciłem się.
Murek był pusty.
Wieczór.
Stałem na środku chodnika trzymając w dłoniach...
... balonik z dwiema różami w środku. Stałem się lokalną atrakcją dla przechodniów. Jedni się uśmiechali, inni dziwili - podobnie jak ja!
Na szczęście wszystkie ławki są niezamieszkałe. Tylko rzędy kwiatów, krzaki przekwitłych magnolii i dziedzińcowe echo.
Już czas.
Ruszyłem w stronę szklanej ściany. Z kilkunastu metrów postać moja była już dobrze widoczna na ciemnej tafli.
Dziwny błysk.
Moją uwagę zwróciło jednak coś innego. Zbliżając się do szklanej ściany postać moja stawała się coraz mniej widoczna. Rozmazywała się. W końcu znikła zupełnie.
Tylko błysk.
Na wysokości opuszczonej dłoni jaśniał pierścień.
W miejscu oczka miał malutkie otworki, niby kratery księżyca.
Tylko dzięki właściwej róży pierścień znów wypełni się ciałem...
"Dłonie zrywały misterne pieczęcie, pod przysięgą zakładane. Do ostatnich swych chwil miały kryć niewiadome. Teraz kruszone, ciekawością dawno złamane... zadanie swe spełniły"
...
Subskrybuj:
Posty (Atom)